Katastrofa tunguska: 110 lat później

W 110. rocznicę słynnego wydarzenia przyglądamy się jego nadal niewyjaśnionym aspektom oraz innym, podobnym incydentom na świecie, nazywanym przez naukowców małymi tunguskami. Najwięcej emocji budzi pytanie, co się stanie, jeżeli do podobnej eksplozji dojdzie kiedyś nad gęsto zaludnionym obszarem


Piotr Cielebiaś, NŚ 7/2018

Publikacje na ten temat zwykle zaczynają się od słów: Rankiem 30 czerwca 1908 r. w dorzeczu Podkamiennej Tunguzkiej doszło do gigantycznej eksplozji. Uczeni, którzy poświęcili dekady na badanie ówczesnego zdarzenia odpowiadają, że sprowadzanie go do wielkiego wybuchu to daleko idące, niefachowe uproszczenie. Choć w tym roku mija jego 110. rocznica, nadal stoimy w obliczu pytań bez odpowiedzi. Dotyczą one m.in. tego, czy incydent, o jakim mowa, stanowi unikat w skali dziejów i czy jesteśmy w stanie określić, czym właściwie on był? Obecnie w środowisku naukowym rzadko mówi się już o meteorycie tunguskim, raczej o komecie lub jej fragmencie (choć to leciwa hipoteza). Przez lata pojawiło się natomiast wiele innych, często fantastycznych koncepcji sugerujących, że nad Syberią zakończyło swój żywot ciało złożone z antymaterii albo statek pozaziemski.

Nim przejdziemy do najbardziej zagadkowych i kontrowersyjnych elementów tego przypadku, przyjrzyjmy się dwóm kolejnym rzadko poruszanym kwestiom: rzekomym powtórkom zjawiska tunguskiego, mającym miejsce na przestrzeni ostatnich 110 lat oraz temu, jak z bliska wyglądała jedna z największych eksplozji w dziejach.

Gdy nikt nie słyszy trzasku drzew…

Wokół tzw. Południowego Bagna położonego w kotlinie niedaleko Góry Stojkowicza (lub Stojkowicz), gdzie znajdowało się epicentrum wybuchu z 1908 r., zmieniło się od tamtego czasu bardzo dużo. Przede wszystkim zregenerował się powalony las, choć region ten ani o krok nie przybliżył się do cywilizacji i nadal leży na przysłowiowym krańcu świata. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów opowieści o tamtejszej eksplozji jest fakt, że pierwsi naukowcy dotarli w jej rejon dopiero po 19 latach. Nie oznacza to jednak, że nikt o niej nie wiedział. Wspomniana część Syberii huczała bowiem od plotek i opowieści o przelocie ognistego monstrum. Usłyszał je podczas swoich ekspedycji badawczych mineralog Leonid A. Kulik (1883-1942), ustalając miejsce upadku obiektu. Ten zaś, co ciekawe, pierwotnie znany był jako meteoryt filimonowski, czerpiąc swą nazwę od stacji kolejowej Filimonowo k. Kańska, skąd pasażerowie pociągu obserwowali jego majestatyczny lot.

 Przeglądaj SPIS TREŚCI numeru 7/2018

O tym, że ok. 7:15 miejscowego czasu (w porze śniadania – jak podkreślali świadkowie) 30 czerwca 1908 r. coś gruchnęło nad Syberią wiedzieli także naukowcy. Arkady W. Woznesieński ze stacji sejsmologicznej w Irkucku odnotował wstrząsy o sile 5 stopni w skali Richtera. Niedługo potem zaczęła spływać do niego korespondencja od przyrodników donosząca o powietrznym dziwie. Agronom z okolic Ilimska pisał np., iż po potężnym grzmocie ziemia zatrzęsła się z taką siłą, że gospodyni miejscowego popa spadła z ławki. (…) Mało kto wie, jednak, że kilkoro szczęśliwców znalazło się naprawdę blisko.

Bracia Czuczancza i Czekaren – ewenkijscy myśliwi, opowiedzieli badaczowi Innokentemu M. Susłowowi, że tamtego pamiętnego dnia obozowali nad rzeką Awarkitta, jakieś 30 km od Góry Stojkowicza. Spali, kiedy ziemia zadrżała, a wiatr zerwał pokrycie z namiotu. – To było przerażające. Drzewa przewracały się i paliły się na nich igły. Ogień objął chrust i mech. Nagle (…) pojawiło się jaskrawe światło, jakby drugie słońce

To jedynie fragment artykułu Katastrofa tunguska i jej mini powtórkiPełną wersję przeczytasz w NŚ 7/2018 dostępnym także jako e-wydanie

W sprzedaży



Newsletter

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.