Czy zwierzęta mówią w wieczór wigilijny?

Tak, mówią - i nie tylko wtedy. Wiem o tym, gdyż ich "mowy" doświadczyłam osobiście wiele, wiele razy, przy czym - uwaga! - działo się to w obecności świadków, wśród których byli naukowcy


Ewa Banaszkiewicz-Purzycka 1/2019

Pewnej Wigilii przydarzył mi się niezwykły przypadek, który zburzył raz jeszcze mój pracowicie poukładany obraz świata, stworzony przez materialistyczna naukę i stary, odchodzący już na szczęście paradygmat kartezjańsko-newtonowski.

Siedzieliśmy wtedy w wigilijnym gronie w słynnych telewizyjnych Złotopolicach, gdy mój wilczur Bej zaczął mnie stamtąd odciągać, prowadząc w... pole. Robił to tak zdecydowanie, że nie mogłam jego prośby zignorować. Niedaleko odeszliśmy od domu, gdy zobaczyłam wielki kopiec siana, a w nim przytulone do siebie szczeniaczki. Skojarzenie było oczywiste: wigilijny wieczór i psie dzieci na sianku.

(...)

Szczeniaczki były chude i zziębnięte, przytulone do siebie jak kochające się rodzeństwo. Bej gorliwie je lizał. Pies - ratownik psich dzieci. Zawsze tak działał. Przyniósł też znad jeziora kundelka, niejakiego Muchę, prawie martwego, ale wspólnie zreanimowaliśmy go i towarzyszył nam w życiu jeszcze przez kilkanaście lat. Pod mostem odkrył kilka kociąt w koszyku, które też udało się uratować. I zawsze interweniował, gdy... właściciel karcił swojego psa.

Przeglądaj spis treści numeru 1/2019 lub zamów wersję elektroniczną NŚ

Pies Obrońca.

Tylko skąd wiedział o obecności Ogonków na sianku w ten mroźny wieczór wigilijny?

W trakcie wieczerzy rodzinnej (....) zadzwoniłam do dyrektor Terentiew.

Ninuś, musisz mi dać w święta antenę... mam dwa bezdomne pieski do oddania, a zaraz po świętach jadę do Afryki - powiedziałam.

Pamiętam dokładnie jej odpowiedź:

Chyba oszalałaś! Czy wiesz, ile kosztuje minuta świątecznego czasu? Mam zdjąć reklamę za milion złotych dla twoich kundli?

- Tak, masz to zrobić - powiedziałam twardo, bo takie to były romantyczne czasy telewizji, gdy wszyscy pracowali dla misji, a ratowanie zwierząt było jedną z ważniejszych. Wróciłam do wigilijnego stołu z poczuciem, że posiałam ziarno, nie mając wątpliwości, że wzejdzie.

Sms od Niny przyszedł już po kwadransie.

Młyńcia (tak nazywano w telewizji Agatę Młynarskąprowadzi w drugi dzień świąt i zaoszczędzi dla was kilka minut. Podpisano: Nina.

Kiedy jechałam samochodem ze Złotopolic na Woronicza, OGONKI, bo tak je ostatecznie nazwałam, znów przytuliły się do siebie mocniej na tylnym siedzeniu. Wtedy rzuciłam im krótko: - Kochani, będziecie musieli się rozstać. Nikt z telewidzów nie weźmie dwóch kundli naraz. 

I wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałam wprost:

To nie jest możliwe, my musimy być razem!

Zdanie to wypowiedział brat Ogonek. Słyszałam je wyraźnie, słowo po słowie, litera po literze, ale... jakby na innym planie istnienia, bo one nie otwierały ust (jak dzieje się to na filmach Disneya). 

Nie racjonalizowałam wówczas tego wydarzenia, bo by się nie dało...

To jedynie fragment artykułu. Pełną wersję przeczytasz w NŚ 1/2019 dostępnym także jako e-wydanie

W sprzedaży



Newsletter

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.