Inwazja trolli

W dyskusji na temat wolności słowa w internecie, którą niedawno zdominowały związane z nią wydarzenia polityczne, zabrakło najważniejszego: analizy źródeł i przyczyn postępującej w ostatnich latach erupcji w sieci niebywałego chamstwa, pogardy dla myślących inaczej i plugawego języka nienawiści. W żadnym innym spośród znanych nam krajów zjawisko to nie daje o sobie znać z takim natężeniem oraz siłą.


Marek Rymuszko

Można oczywiście powiedzieć, że wszystko to stanowi jedynie margines publicznego obiegu myśli i poglądów, jego dalekie obrzeża. Nieprawda. Internetowe fora i niektóre strony i całe portale przypominają bowiem jeden wielki stek pomyj wylewanych na ludzi z reguły funkcjonujących w życiu publicznym (przy czym nie chodzi tu jedynie o polityków, lecz także np. o artystów, sportowców czy publicystów). W obcowaniu z wieloma, bardzo wieloma komentarzami internetowych hunów posługujących się plugawym, ordynarnym słownictwem, językiem obelg i potwarzy czytający te treści odbiorca ma często ochotę się wyrzygać. 

Dlaczego tak się dzieje?

Niewątpliwie najistotniejszym czynnikiem ułatwiającym manifestowanie się wspomnianych postaw jest bezpieczna zasłona anonimowości. Sprzyja ona wszelkiego rodzaju tchórzom, niemającym odwagi wstąpić w polemiczne szranki z odsłonięta przyłbicą, za to aktywizującym się wówczas, gdy można atakować zza węgła skrycie, podstępnie, bez wzięcia na siebie osobistej odpowiedzialności za słowa. To także – mówimy o sferze psychologiczno-mentalnej – okazja do rozładowania osobistych kompleksów, dania upustu złości i nienawiści wobec innych, obrzucania ich wyzwiskami tylko dlatego właśnie, że są inni.

Pomińmy w tym miejscu tak oczywisty skądinąd fakt, że anonimowość w internecie okazuje się złudna, gdyż globalna sieć stanowi instrument wszechogarniającej obecnie świat kontroli jak najszerszych kręgów społeczeństw oraz poszczególnych środowisk (jak mówi z gorzką ironią jeden z mieszkających w Australii polskich publicystów, darmowy podarunek Wielkiego Brata dla ludzkości, jakim jest internet, od początku nie był bezinteresowny). To odrębny problem, którego nie należy tracić z pola widzenia i warto poddać go wiwisekcji przy innej okazji, zwłaszcza że – tak się składa – różnorakie struktury i systemy inwigilujące są zainteresowane zupełnie innymi sprawami niż sieciowe bajadery załadowane dzień po dniu przez rozmaitych popaprańców werbalnym gównem, którym strzykają oni bez opamiętania w nielubianych przez siebie ludzi.

Z kolei system moderowania wpisów prowokuje oskarżenia o stosowanie cenzury, przy czym ci, którzy taki argument podnoszą, nie chcą jednocześnie zrezygnować z ochrony anonimowości. Tymczasem jednego z drugim pogodzić się nie da. Albo – albo. Albo prewencyjnie usuwamy z obiegu publicznego fekalia, albo akceptujemy sytuację, w której stajemy w szranki polemiczne, prawne i jakiekolwiek inne z otwartym czołem, bez chowania się za pseudonimami i nickami.

Generalnie zaś najważniejsza w tym wszystkim wydaje się próba rozpoznania mechanizmów, które sprawiają, że brudna fala pogardy, chamstwa i nienawiści tak łatwo opanowuje ludzkie umysły, a jednocześnie demoluje społeczną oraz indywidualną wrażliwość, nie mówiąc o tym, że wystawia na pośmiewisko system prawny chroniący dobra osobiste człowieka.

Przed napisaniem tego tekstu zadałem sobie trud sprawdzenia, czy zjawisko, o jakim mowa – tak jaskrawo manifestujące się w Polsce, jeśli chodzi o jego dynamikę oraz skalę – ma swoje paralelne odpowiedniki w innych państwach. Oczywiście nie byłem w stanie ustalić, jak sytuacja pod tym względem wygląda np. w Mongolii, na Sri Lance, czy, powiedzmy, afrykańskim Burkina Faso. Natomiast opinia osób, które o to prosiliśmy, mieszkających w krajach tworzących podstawowe zręby kultury obecnej cywilizacji – a byli wśród nich także nasi korespondenci  i zagraniczni współpracownicy – okazała się zgodna. Ich zdaniem zjawisko, o jakim mowa, nigdzie indziej nie ma takiego zasięgu jak właśnie u nas. Czym to tłumaczyć?

Dodajmy, że całej sprawy nie da się zbyć wzruszeniem ramion tudzież radą, w myśl której najprostszym sposobem nieobcowania z tego typu treściami jest zaniechanie lektury wspomnianych komentarzy oraz wpisów. Internet bowiem, oprócz brudnej, spienionej fali insynuacji i obelg, to również, a nawet przede wszystkim bezcenne często źródło informacji o faktach i wydarzeniach, na temat których milczą mainstreamowe media. Także niezastąpione forum wymiany myśli oraz doświadczeń w odniesieniu do problemów ignorowanych w oficjalnym obiegu. Tymczasem, zwłaszcza na rozmaitych forach prowadzonych przez renomowane portale, ważne i ciekawe poznawczo wypowiedzi sąsiadują właśnie z komentarzami podłymi, plugawymi, emanującymi agresją i nietolerancją. Gdy zaś już zdecydujemy się wejść na konkretną stronę internetową – często nie ma sposobu, by jedne treści od drugich oddzielić.

Mogą i powinni czynić to natomiast właściciele portali i rozmaitych serwisów, jakim towarzyszą wpisy internautów, czego z reguły nie czynią. Dla takiego postępowania nie ma żadnego usprawiedliwienia. Nie jest nim w szczególności tłumaczenie, że ogromna ilość komentarzy zazwyczaj uniemożliwia ich bieżące moderowanie. To kolejne nader wygodne kłamstwo, które ma sankcjonować werbalną agresję i bezprawie. Oczywiście wdrożenie wspomnianego systemu pociąga za sobą dodatkowe wymierne koszty, ale niechęć do ich ponoszenia nie zwalnia od odpowiedzialności za rozpowszechniane treści. Nie może być tak – po prostu nie może – że z jednej strony, wokandy sądowe uginają się od pozwów o ochronę dóbr osobistych naruszanych (w sposób rzeczywisty czy urojony) w publikacjach prasowych, a jednocześnie w internecie wolno bezkarnie kolportować każdą potwarz, często przy użyciu karygodnej, ordynarnej werbalistyki. Dlatego – niezależnie od własnych zapatrywań politycznych; tego czy lubimy konkretnego polityka, artystę albo inną osobę publiczną, obowiązkiem każdego przyzwoitego człowieka jest udzielenie poparcia krokom prawnym, na jakie zdecydował się niedawno Radosław Sikorski (pospołu z reprezentującym jego interesy adwokatem Romanem Giertychem) wobec ludzi i instytucji naruszających bezkarnie cudze dobra osobiste przy wykorzystaniu bezpiecznego kokonu własnej anonimowości. Nie ma innego wyjścia. I bez znaczenia jest, czy rzecz dotyczy polityka opozycyjnego, czy obozu rządowego, geja czy heteroseksualisty, katolika czy wolnomyśliciela, bo chodzi tu o elementarne standardy zachowań w cywilizowanym społeczeństwie.

Dlatego m.in. z wielkim uznaniem przyjąłem publikację Eryka Mistewicza, który w prawicowym tygodniku Uważam Rze, zawarł jednoznaczną ocenę tego rodzaju praktyk formułując ją ponad podziałami politycznymi. Autor napisał m.in.: Wydawcy prasowi, mimo że zarabiają na Internecie, najczęściej nie zgadzają się ponosić kosztów utrzymywania porządku w swoich zasobach. Na użytkowników przenoszą odpowiedzialność za słowo, za wpisy, za dobre wychowanie i utrzymywanie kultury dyskusji. Tak deklarują w regulaminach. W rzeczywistości z pełną premedytacją prowadzą na swoich stronach hodowlę oszołomów.
 I dalej: Czy i gdzie jest granica? W wezwaniu do strzelania sobie w łeb przez premiera? W zbieraniu na sznur dla lidera opozycji? W wezwaniu do linczu wobec „ministra Żydka”? (…) Nie, nie ma granicy, gdyż - jak znów twierdzą właściciele portali - nie ma technicznej możliwości opanowania tak wielu, idących już w setki tysięcy, wpisów. Nie jest to prawdą. Ale też nie jest naszym problemem, bowiem nie my czerpiemy korzyści z opisanego procederu. Stworzenie miejsca w sieci, często pod marką znanej gazety, plucia i obrażania ludzi, hodowli internetowych trolli, wzmacniania agresji w celu podkręcenia ruchu - ruchu sprzedawanego reklamodawcom - to dziś najprostszy z biznesów medialnych (…).
Wizerunek jest (…) wartością zarówno w przypadku polityka, przedsiębiorcy, nauczyciela, sportowca, dziennikarza, prawnika, lekarza, jak i osoby dopiero wchodzącej na rynek pracy, która już doświadcza zmasowanej akcji dyfamacyjnej w Internecie (…). Prawo w innych krajach broni dziś obywateli narażonych na oszczerstwa i zniesławienia, wymusza odpowiedzialność właścicieli sieciowej przestrzeni. Podobne działania w Polsce zależą od tego, czy znajdzie się pierwszy, który z determinacją powie: dość. Znalazł się, dlatego warto jemu i jego walce, dla dobra wszystkich, kibicować.

Pozostaje jeszcze problem kondycji psychicznej (bo o duchowości w sygnalizowanym kontekście w ogóle nie ma sensu mówić) tych, którzy zainicjowali w sieci inwazję pogardy, próbując ze swojego tchórzostwa  i skrywanych kompleksów czynić cnotę – w dodatku pod pretekstem walki o wolność słowa. To ludzie w gruncie rzeczy głęboko nieszczęśliwi, którym należałoby zadedykować myśl Krishnamurtiego: Wolność jest stanem duszy, a nie wolnością od czegoś. Jest świadomością dającą nieskrępowaną swobodę wątpić oraz stawiać pytania tak intensywnie, aktywnie i mocno, aby usuwały wszelkie formy niewolnictwa. Nie jest nią natomiast – i nigdy nie będzie – krzewienie chamstwa i agresji, które świadczą o zniewoleniu własnego umysłu.


Artykuł ukazał się w numerze 9/2011 (249) NŚ

W sprzedaży



Newsletter

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.